Przede wszystkim żyją teraz wieczorem.
Co wieczór bowiem jadą lub idą do „Morskiego Oka” na kolację.
Tak się to już ułożyło. Pogoda jest prześliczna, ale goście zakopiańscy, nasyciwszy się wycieczkami i przyzwyczaiwszy się do restauracyjnej sali w czasie deszczu, gromadzą się tłumami przy stolikach u Płonki. Knajpiarskie życie kwitnie w całej pełni. Nawet z zakładów ściągają tu kuracjusze na ponczyk po higienicznych wieczerzach zakładowych.
„Morskie Oko” z cegły robi poważną konkurencję Tatrom.
Porzycki łatwo zrozumiał, że Tuśce życie tego rodzaju bardzo przypada do smaku. Oprócz pewnej dozy wesołości cygańskiej, która panowała w takich zebraniach, Tuśka popisywała się tam swoją urodą i zaczynała na serio nabierać sławy „tej ślicznej blondynki z córeczką”.
Szmer witał ją, gdy wchodziła na werandę. Cieszyła się nim i chłonęła w siebie jak szampana, do którego zaczynała się przyzwyczajać niepomiernie. Cierpiała tylko nad tym, że nie miała dużo pieniędzy. Chciałaby się stroić tak, aby zaćmić wszystkie panie. Tymczasem trudno było, gdyż stroje były wspaniałe, pracowite, kosztowne, a Tuśka nie miała w swej garderobie ani jednej sukni tak wykoronkowanej i wyinkrustowanej, jak suknie wlokące się za panią X, Y, Z. Nadrabiała bluzkami i te kupowała gotowe. Wzięła nawet na kredyt już dwie, postanawiając sprzedać zegarek.
— Mogę chodzić z samym łańcuszkiem — myślała — nikt nie widzi, czy jest za paskiem zegarek, czy go nie ma.
Kilkakrotnie proponowano jej pójście na reunion do Bauera, do Chramca, do Sieczki, ale musiała odmówić z powodu braku toalety. Żal jej do męża wzrastał.
— Przez niego — myślała — przez jego niedołęstwo nie mogę się ani bawić, ani pokazać jak inne.
Z zazdrością śledziła inne kobiety, liczyła, ile mogły wydawać na swe tualety.