Gaździnie rysy oblokła jakaś dziwna powaga.

— Sprawiedliwie... — wyrzekła powoli — sprawiedliwie...

Odeszła głębią sieni, patrząc w ziemię zamyślona i chmurna.

Tuśka wróciła do izby. Zastała męża i Pitę tak samo nieruchomych i milczących, jak za pierwszym razem.

— Marmurki!... — przemknęło jej przez umysł z nieokreśloną ironią — marmurki!...

*

W godzinę później, powoli układano się do snu. Pita leżała już w swoim łóżeczku pocałowawszy ojca i matkę w rękę.

Siedząc na krawędzi swego łóżka, Tuśka rozczesuje włosy i patrzy przez otwarte drzwi na męża, który gotuje się do snu przy posłanym łóżku.

Widzi, jak systematycznie z kieszeni wyjmuje drobne pieniądze, scyzoryk, jak to wszystko z głuchym chrzęstem składa na stoliczku. Dalej słyszy miarowy, delikatny turkot nakręcanego zegarka, ściąganie butów, ustawianie ich systematycznie w dali od łóżka.

Gęstwiną złotą swych wonnych, ślicznych włosów zasłania się rozpaczliwie Tuśka. Kark jej różowy, ten, który wzniecał takie uwielbianie na balu i jest przedmiotem zachwytów Porzyckiego, odsłania się i błyszczy jak gwiazda. Poza pachnącą gęstwiną włosów Tuśka zaczyna płakać cicho, zacinając wargi aż do krwi...