— Oto wpływ małżeńskiego jarzma... ledwo się pojawił, ledwo przesunął koło mnie, a już zbrzydłam, już się postarzałam.
Patrzy z ukosa na Pitę.
Dziewczynka powoli, z metodą odziewa się i nigdy nie uderzyło tak Tuśkę podobieństwo ruchów dziewczynki z ojcem.
— Taka sama, jak on... marmurek!...
Zdawało się jej, że słyszy w sieni kroki Porzyckiego. Doznała uczucia jakby szalonej trwogi. Pragnie go zobaczyć, a po prostu lęka się tej chwili. Jest jej tak, jakby ona względem Porzyckiego popełniła jakąś straszną winę, jakby to ona ściągnęła tu tego męża, którego obecność stawia dziś Porzyckiego w fatalnej sytuacji.
— Powiedział wczoraj, że uczyni dla mnie wszystko — rozmyśla posępnie. — Ach! gdyby rzeczywiście.
Kręcenie się automatyczne Pity denerwuje ją do reszty.
— Weź, Pito, swoje mleko i idź do ojca na werandę. Dotrzymaj mu towarzystwa.
Dziewczynka bierze filiżankę z mlekiem i wychodzi nie śpiesząc się i nie okazując wielkiej chęci do owego „dotrzymania ojcu towarzystwa”.
— To będzie wszystko straszne, to nie będzie możliwe do przeniesienia — ciągle myśli Tuśka — ja nie wiem, co się stanie, ale coś się stać musi.