Ktoś bez pukania drzwi otwiera. Obidowska ukazuje się ponura, tragiczna, złamana. Niesie w ręku pęk róż.

— Majom kwiaty! — mówi kładąc róże na stole.

W Tuśce serce bije szalonym tempem. Te róże to posły od niego! Mówią jej wczorajsze słowa, szeptane tam w koronie modrzewiów! Patrzy na nie, tknąć nie śmie.

Drogie, drogie kwiaty! — i drogi, drogi... on!

Obidowska nie odchodzi, stoi, kiwa głową.

— Wiedzom? — pyta — to te kuśtyki go zabili.

— Kogo?

— Ano... tego, co go fcora naśli. Jego zona i jej gachy. Zmówili się, zmanili w las i ciupagami utłukli... Juz ik majom! Siedzom w hareście...

Tuśkę ogarnia znów złość na tego „męża”, który więził przy sobie rwącą się od niego kobietę.

— Dobrze mu tak... — powtarza z uporem — dobrze mu tak; po co się żenił z młodszą?