— Jakże to? jakże to? — pyta Obidowska.
— Tak to, tak to... — przedrzeźnia ją Tuśka, rada, że ma na kim zemścić się za swoje udręczenia — tak będzie każdej, czy żonie, co męża więzi, czy mężowi, co więzi żonę.
Obidowska zrozumiała. Oczy jej zabłysły i nagle zgasły, jakby trwoga je zgasiła, usta rozwarte znamionują przestrach. Tuśka czuje ulgę w tym moralnym znęcaniu się. W Obidowskiej widzi uosobienie nienawistnego jej w tej chwili jarzma małżeńskiego. Forsuje więc nutę.
— I wy strzeżcie się!... — rzuca, kładąc róże do wody.
— Jo?
— A wy... nie więźcie Józka w chałupie, bo on młody i chce świata.
— Jo go ta nie więze...
— Aha!... trzymacie go koło siebie na uwięzi, a on kiedyś będzie miał dosyć i zrobi wam tak, ja ci zrobili z gazdą w lesie.
— O! o! o!...
— Nie o!... ale tak! — A teraz idźcie sobie, bo mnie nudzicie.