Obidowska wychodzi cicho, jakby spłoszona, zamykając lekko drzwi. Chwilę długą stoi na dziedzińcu, zamyślona, z oczyma wbitymi w ziemię.

Gdy wreszcie weszła do szopy, oczy jej nieufnie błysnęły w stronę łóżka, na którym leżał Józek. Kilkakrotnie otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz milkła.

Wreszcie wzięła nóż i kartofle i siadła przy ognisku.

Jak cień siadł przy niej lęk ogromny, najgroźniejszy ze wszystkich lęków, jakie szarpią nędzną istotę człowieka, bo lęk o życie własne.

Mimo woli ogląda nóż i głową kiwa.

— Nieostry! — myśli — nawet byk się cem bronić nie miała.

I postanawia dziś jeszcze dać nóż do wyostrzenia.

*

Tuśka czesze się powoli i do róż uśmiecha się smutnie.

— Co to będzie!... co to będzie!...