Znikło z jej duszy owo zastawianie się, że „nic złego się nie stało”. Tak było, gdy nie widziała męża, żyjącego dowodu swej przysięgi małżeńskiej. Obecnie, będąc w gruncie rzeczy zupełnie nie zepsuta i nie zdeprawowana rozlicznymi flirtami szpetnymi i powoli oswajającymi kobiety z rzeczywistym, bo serdecznym wiarołomstwem, uważa, że to, co się stało, już jest wiele, bardzo wiele! Reszta to już rzeczy wypadku i sprzyjających okoliczności. Główna wina, owo „zakochanie się” i dowiedzenie się o wzajemności, rozwinięte w całej pełni. A więc wina jest. Jakże z nią żyć? Jak się taić? Jak się szarpać tak dnie i noce całe? A zwłaszcza gdy oni staną naprzeciw siebie i obok niej?

— Ach, nie! nie!

Słyszy teraz wyraźnie, że Porzycki wtacza rower do sieni. Rano musiał wstać, jeździć po róże. Ona go nie słyszała, gdy przechodził. Należy się z nim zobaczyć, koniecznie...

Porywa się od lustra, narzuca biały szal na matinkę, drzwi do sieni otwiera.

— Dzień dobry!

— Dzień dobry!

Ona szepce i on także...

Ten szept ostrożny, pośpieszny, właściwy ludziom zmuszonym ukrywać się ze swą miłością.

Tylko u niej głos drży, on mówi pewnie, zupełnie śmiało.

— Pan wie...