— Ot, jak się złożyło.

Zaczynają śmiać się.

W śmiechu tym rozwiewa się tragizm sytuacji, a natomiast występuje jakaś ohyda, jakaś szpetota codziennego fałszu i to przenika do głębi duszę Tuśki.

— Śmieją się!... — myśli wracając do lustra. — Już się poznali...

Zwłóczy z ubraniem się, nie jest zdolna po prostu iść tam, pomiędzy nich i brać udziału w ich rozmowie.

— To wstrętne... to jeszcze gorsze, niż gdyby się wzięli za bary — przemyka jej po głowie.

— A może to tylko tak z początku, kto wie, co będzie dalej!...

W duszy jej coś zaczyna się buntować nie tylko przeciw mężowi, ale i przeciw Porzyckiemu.

O ileż wolałaby, gdyby przedstawił się jej zrozpaczony, gdyby uciekł, nie chcąc widzieć nawet tego „męża”. Tak jak było obecnie, namiętność jego i miłość widocznie nie była znów tak bardzo silna i bezwzględna.

— A może on zadaje gwałt sobie i zmusza się do takiego postępowania, aby mnie przykrości nie robić i nie oddalać się ode mnie? Kto wie?