I coraz silniej brnie w ten szablon trójkąta, który dawniej przedstawiał się jej spoza mgły jak jakiś legendowy ptak, wizją przestraszną się unoszący.
Porzycki potrąca o scenę, o swój fach.
Żebrowski spłowiałe oczy szeroko otwiera.
— Pan jest w teatrze?
— Tak!
— A!
Nic nie zdoła oddać owego „a”, które z ust bladych, ocienionych niepewnego koloru wąsami się wydobywa.
Jest to zdziwienie, rozczarowanie i pewne lekceważenie zaśniedziałego w swych urzędowych gradacjach i zaszczytach mola dla swobodnie rozwianego i hulaszczo płynącego w przestrzeń życiową artystycznego ducha.
A przy tym jakaś ciekawość tłumu dla histriona, przyglądania się chętnie straszącej z daleka masce, wyciętej z dyni i rozświetlonej wewnątrz ognikiem świecy.
Tuśkę to „a” obraziło za Porzyckiego. Ze skrzywieniem niewyraźnym patrzy na męża. Myśli, że jest brzydki i że brakuje mu taktu.