— I jeszcze jedno niech pani przyjmie ode mnie jako radę. Niech pani wszystkiego, całej wagi życiowej nie kładzie w miłości Porzyckiego... On jest bardzo, bardzo dobry człowiek, ale on jest... on. Trudno mi pani wytłumaczyć. Jeżeli pani jednak czuje, że on jest więcej wart niż mąż pani i da pani więcej szczęścia, niech pani postąpi jasno i otwarcie...
— Dziękuję pani. Wiem, co zrobię.
Tak mówi Tuśka, ale ani za godzinę, ani za dwie, ani nazajutrz rano nie wie, co zrobi.
Porzycki bezustannie śledzi i czyha na sposobność, aby ukraść jakąś przelotną pieszczotę, i zaczyna to wszystko schodzić do jakichś brzydkich, tajemnych gestów pomiędzy drzwiami, jakichś podawań sobie karteczek przy uścisku rąk, jakichś rzucanych całusów jakby do pokojówki lub panny służącej.
A tymczasem w Tuśce nurtują, jakby prądy nagle rozpętanej rzeki, słowa rzucone przez Sznapsię. Zaczyna kombinować, ważyć swe siły, zaczyna widzieć się niezależną i panią swej osoby. To są marzenia jeszcze nieuchwytne, które otaczają ją martwym kołem, gdy wreszcie wszyscy w sadybie do snu się ułożą, gdy rozlegnie się miarowe, ciche chrapanie Żebrowskiego, znużonego włóczeniem się dzień cały po Zakopanem i wchłanianiem w siebie ostrego, niemal okrutnego powietrza.
Kilkakrotna dyskusja z mężem, którą Tuśka umyślnie zaostrzała tonem pogardy dla wszystkiego, co trąci „filistrem”, wytworzyła dziwnie sztuczną atmosferę, podwajając tę sztuczność, która była dotąd podstawą ich życia. Gdy Żebrowski wyraził raz ostrożne swe zdziwienie nad zmianą, jaka zaszła w Tuśce, mówiąc: „Ja ciebie nie poznaję”, ona odrzuciła mu sarkastycznym tonem:
— Wierzę, ale ja siebie dopiero teraz poznaję i to mi wystarcza!
Rzucała teraz frazesy o samotnych kobietach, o tych, które mają odwagę, o takich, które artyzm uświęca.
Żebrowski wzruszał ramionami.
— To wszystko są niemodne już facecje! — mówił, czesząc grzebieniem Tuśki kudły swego serdaka.