— To nie przebrzmi nigdy! — oponowała Tuśka.
Strzegła się jednak tych szablonów wobec Porzyckiego.
Gdy aktor był z nimi, przybierała zwykle bardzo smutną i melancholijną pozę. Mówiła mało, a gdy się odezwała, to po to jedynie, aby wyciągnąć na jaw filisterskie usposobienie swojego męża. Uśmiechała się wtedy ironicznie i patrzała w niebo, które było coraz piękniejsze, coraz bardziej szafirowe, rozwieszone jakby na szczytach, srebrzących się śniegiem.
Wreszcie jednego wieczoru musiała przejść nader przykrą scenę zimnej czułości, do jakiej Żebrowski czuł się niejako obowiązany. Z brutalnością i zdenerwowaniem najwyższym usunęła się od wyciągniętych objęć męża, który stał przed nią głupio uśmiechnięty i uprzejmy, pełen najlepszych chęci.
— Tego tylko brakowało!... — syknęła przez konwulsyjnie zaciśnięte zęby.
I właśnie była to pełnia, taka srebrna, cudowna pełnia. Tuśka przypomniała sobie przed chwilą, jak Porzycki całował jej palce, siedząc przy oknie, jak był cały srebrnym światłem oblany i wszystko w tym srebrze tonęło: góry, smreki, jej i jego dusza.
I Tuśka wie, że on jest tam, przed chatą, że siedzi na progu i ma na oczach jakby dwa czarne motyle. Tu słychać, jak gwiżdże cichutko kanconę, jakby nią pragnął wywabić Tuśkę do siebie. A ona nie wyjdzie, bo wie, że w ślad za nią pójdzie Żebrowski w swoim nieodłącznym serdaku i że to zepsuje jej wspomnienie srebrnych nocy i wcieli je w ohydny korowód dni bez nazwy, dni, w których trójkąt małżeński fatalnym, mistycznym znakiem zaczyna zaciemniać wszystko, co jest piękne, co dobre, co łagodne w mądrości życiowej.
To, co się stało tego pięknego wieczoru, co zaszło pomiędzy nią a mężem, dopełniło miary. Jak pantera spętana, Tuśka leżała całą noc na łóżku, dławiąc się rozpaczliwą wściekłością i wstydem. Przy herbacie, na którą przyszedł i Porzycki, przeszła kilka przykrych momentów, a teraz zdało się jej, że przenieść nic więcej nie będzie w stanie.
— Niech się dzieje, co chce... muszę się z nim zobaczyć, muszę, niech raz wiem, co ze mną będzie.
Srebrne smugi, jakby roztopił kto diamenty, wypełniły całą izbę. Coś się czaiło w kątach, coś strasznego, jakaś siła jak chęć destrukcyjna. Coś w tym delikatnym srebrze walić się miało w gruzy, coś wisiało na włosku, nad przepaścią, coś bardzo źle spojonego, które się trzymało lata całe i miało się trzymać do śmierci.