— Nie mogę dłużej... nie mogę... — myślała Tuśka gryząc koronki poszewki. — Jeśli się powtórzy jeszcze to, co było przed chwilą, co ja pocznę? Nie przeżyję...

Nikt nie spał w tych izbach. Ani Żebrowski, któremu gest przerażony Tuśki i to jej „tego jeszcze brakowało” silnie utkwiło w myśli, ani Pita, która instynktem czuła, że się coś wali, coś pęka, jakaś nić, na której drży jej serce, jej dusza, jej życie.

Wszyscy leżeli cicho, nieruchomie, patrząc szeroko otwartymi źrenicami na srebrne światło, rozlane całym przebogatym morzem w przestrzeni.

A przed chałupą, na progu, siedział ten jeden człowiek, który zdawał się dzierżyć w swych dłoniach przeznaczenie tych trojga, siedział, mając czarne motyle na oczach, kalinne usta i pieściwie, cicho kanconę miłosną gwizdał.

*

Gdy Żebrowski z Pitą wsiedli na furkę i wyjechali, pomimo chłodnego i chmurnego dnia, do Strążysk, Tuśka szybko wyszła do sieni i zastukała do drzwi Porzyckiego.

— Chciałabym z panem pomówić! — wyrzekła gorączkowo — proszę... przyjdź pan do nas.

Spojrzał na nią uważnie. Blada była, usta miała spalone. Przestraszył się, miał ochotę odmówić, ale lękał się jakiej sceny z jej strony.

— Zaraz przyjdę! — wyrzekł i drzwi zamknął.

Tuśka powróciła do siebie i pozamykała okna. Nie była pewną swych nerwów, lękała się, czy przy stanowczej rozmowie nie wybuchnie z niej ten spazmatyczny krzyk, który ją dławił tak strasznie, i nie przedostanie się na zewnątrz tych izb, w których snuje się tak strasznie tragedia jej serca.