Błysnęło kilka promieni, zapaliły się szyby, strzałą padło to światło na czoło Tuśki jakby stygmat średniowiecznego „A”, którym wiarołomne żony piętnowano.

Padło — i zgasło.

On ocknął się pierwszy.

— Tego nie można robić bez zastanowienia — wyrzekł.

— Już się zastanowiłam — odparła, a głos jej dźwięczał ostro. — Pitę wezmę ze sobą. Córka do mnie należy. Chłopcy niech idą z nim. Marmurki takie jak on!...

Ze wzgardą wysunęła wargę. Porzycki z przestrachem posłyszał te słowa. To on! to on! to jego niebacznie rzucone wyrazy!

— A potem będę pracowała.

— ?...

— Tak, będę pracowała. Wstąpię do teatru!...

Porzycki aż drgnął.