— Na Pitę!...
Chłopcy mniejsza. Ale ona — Pita, ta śliczna, biała, anielska Pita!
— Skoro ją jednak zabierze — usprawiedliwiał się przed sobą — nie będzie pozbawiona matki, a to najgłówniejsze.
Dziedzińcem właśnie szła Pita ku szopie, aby kazać gaździnie nastawić samowar. W granatowym żakieciku, zarzuconym na ramionka, szła wolno, poważnie, a twarzyczka jej bielała wśród zmroku jakby wycięta z opłatka.
Przechodząc spotkała się ze wzrokiem Porzyckiego, który stał około okna i na dziecko posępnie patrzał.
Pita usta wydęła i odwróciła niechętnie głowę.
— Przeczucie!! — pomyślał Porzycki — przeczucie! To dziecko instynktownie mnie nienawidzi.
Odszedł od okna, usiadł koło łóżka w najciemniejszym kącie pokoju.
— Będę dla niej dobry — pomyślał — będę o nią dbał, będę starał się, aby odebrała doskonałą edukację... i będę się z nią obchodził tak, jakby była moim dzieckiem.
Coś tam w głębi mózgu odżyło mu nagle.