— Twoja!...
Wyszedł cicho, tak jak przyszedł, unosząc tym razem postanowienie rozbicia całej jednej rodziny...
Za nim wypełzł szmer czających się po kątach gróz i rzeczy przestrasznych. Jak wstęga owinął mu się u stóp i za nim snuł się bez przerwy.
W piersiach łopotało mu serce jak ptak przed grozą burzy.
Przechodził przez sień, gdy usłyszał u progu głosy Żebrowskiego i Pity.
Jak szalony poskoczył do swoich drzwi i otworzywszy je, w pokoju swoim się zamknął.
Wzrok jego padł na fotografię matki, zawieszoną nad łóżkiem.
Słodka jej twarz zdawała się powtarzać słowa przysłane niegdyś w liście:
— Choćby ze względu na Pitę...
Przejął go dreszcz.