— Bo ja nie chcę, aby on się czegokolwiek domyślił... Ja nie chcę, aby mi przeszkodził, udaremnił to, co postanowiłam! Ja nie chcę.

Czepiała się jego rąk, patrzała mu błagalnie w twarz. Łzy jej napływały do oczu. Ten widok odebrał mu siłę zupełnie.

— Dobrze, dobrze... daję ci słowo! — wyszeptał szukając jej ust... — Zrobię, co zechcesz... wszystko, co zechcesz...

W objęciach jego miała okrzyk tryumfu, odnalazła bowiem w tym powiedzeniu ową intonację jego „wszystko, co zechcesz!” tam wypowiedziane wśród modrzewiów pod Reglami.

— Kochany! kochany! — mówiła, tuląc się w rozwianiu swych złocistych włosów — zobaczysz, jak będę dobra dla ciebie.

Ściemniało się. Dopiero teraz spostrzegli, że ich otaczają cienie pochmurnego wieczoru i że lada chwila powróci „mąż”, który jeszcze nim jest, mimo wszystko.

— Już idź, idź!...

Odprowadziła go do progu i raz jeszcze porwał ją, przytulił silnie do piersi.

— Moja!... moja!...

Uśmiechnęła się słodko; wszystek przebyty ból znikł z jej duszy.