Znów strzał, ptak pada prawie u stóp Żebrowskiego.

— A teraz ten kamień!...

Wreszcie nabojów nie starczy. Wszystkie wystrzelone.

Porzyckiemu ten huk zagłuszył dziwne uczucie niesmaku, jaki go przejmuje, gdy przypomni sobie sytuację, w której się znajduje.

Nie patrzy na Żebrowskiego, lecz instynktownie widzi go, jak siedzi tam na mchu, blady, przerażony, sterroryzowany tym hukiem piekielnym, tymi strzałami, tymi kulami, świszczącymi w powietrzu.

— Dobrze mu tak... czego lazł za mną... — powtarza do siebie, nabijając rewolwer.

— No... a teraz pan! — mówi podając broń mężowi Tuśki.

Czyni to urągowisko, bo wie naprzód, iż on odmówi.

Żebrowski cofa się pośpiesznie.

— Nie... nie... ja nie lubię tego rodzaju zabawy!