— Jak pan chce — mówi aktor chowając rewolwer do kurtki — a teraz chodźmy dalej.
Żebrowski wstaje z pośpiechem.
— Tak, chodźmy! To wolę.
Idą milcząc. Porzycki przodem, Żebrowski wlecze się za nim. Słońce ma się ku zachodowi.
Porzycki idąc rozmyśla, co mu uczynić należy. Wracać po nocy z tym człowiekiem, który zupełnie „chodzić” nie umie, który czepia się krzaków za byle wyjściem na głaz, który namyśla się nad każdym potokiem, a muskułów nie ma „żadnych” i nie jest w stanie utrzymać się ani na chwilę o własnej mocy, jest niepodobieństwem. Nocować znów z nim, przebyć jeszcze tyle godzin razem wtedy, gdy stał się tak nieznośnym, takim jakimś marnym, zdziecinniałym, to było po prostu nie do zniesienia.
— Poświęcę się jeszcze! — myślał — niech mnie diabli; dobrze mi tak, czego przystałem na tę wycieczkę... Wczoraj przecież był zupełnie inny, o wiele sympatyczniejszy.
I jakby reasumując głośno swoje myśli, nagle się odzywa:
— Dla pana góry nic niewarte, pan jesteś człowiek dolski.
— Jaki?
— No, dolski, z dolin, z równin.