— Ale... — śmieje się Żebrowski — co pan wie. Ja jestem bardzo górski, tylko dziś jestem jakiś zmęczony. Gdybym jednak tak często pochodził po górach, to... ho... ho... dziesięć razy bym pana przeskoczył.
— Może!
— Nie może, ale fakt. Pan coś tak jak moja żona. Nie macie do mnie zaufania. A ja wam powiadam, że wszystko zależy od przyzwyczajenia. Pan się przyzwyczaił i dlatego pan tak dobrze po górach chodzi. I ja, gdybym się przyzwyczaił... U nas, w biurze, jeden z moich kolegów dostał nowe biurko. Nie mógł się, panie łaskawy, do niego w żaden sposób przyzwyczaić. Mówi: „To na nic... ja nie mogę i nie mogę...”. A przecież!...
Porzycki słucha. Głos Żebrowskiego cieknie za nim cienką strugą jak deszcz z rynny w smutną noc jesienną. Wieczorny, górski mrok, przykry, wysuwa się jakby z wnętrza gór i pełza wśród krzaków i drzew. Coraz większe zbałwanienie głazów wystercza dokoła.
Las zrzedł znacznie, poszycia ani śladu. Sterczą same rude sosny, przez które przecieka chwilami światło gasnącego słońca. Plamami tymi dąży Porzycki wlokąc za sobą Żebrowskiego. Sam nie wie, dokąd idzie, tak jest zdenerwowany i zły.
— A gdzież ten staw? — pyta wreszcie Żebrowski.
— Jaki staw?
— No... Czarny.
Porzycki ramionami wzrusza.
— E!... gdzie z panem iść można do Czarnego Stawu.