— Dlaczego? przecież ja idę.
— No, idzie pan, idzie!...
I znów milkną, i znów wloką się w górę pomiędzy sosnami... Nogi im się osuwają na śliskich igłach, tworzących dokoła podścielisko. Z daleka dolatuje dziki wrzask, obija się o skały i milknie.
Przed nimi ogromna, prawie gładka ściana skalna z fioletowymi rozpadlinami. Z tych rozpadlin zwieszają się, jakby cudem zawieszone, olbrzymie płaty ciemnozielonego mchu. Robi to wrażenie, jakby król Tatr, idąc w górę, darł o skały swą aksamitną szatę i strzępy zostawiał z magnacką niedbałością. We mchu słońce rozpala jakieś dziwne, tęczowe iskierki. Skąd one się tam biorą, tego zrozumieć nie można.
Chwila jest przedwieczorna i pewien niepokój mimo ciszy szeleści jakby dokoła. Nawet głazy zdają się dyszeć resztką siły dziennej. I Porzyckiego ogarnia ten niepokój, i on ma w sobie jeszcze dużo tej siły, która w nim usnąć nie chce i nie może.
Na razie siłę tę przetwarza we wzgardę i nienawiść.
— Ach!... jak ją w tej chwili rozumiem — myśli — jak teraz pojmuję, że ona chce uciec od niego. Zaledwie jeden dzień spętałem się z tym człowiekiem sam na sam, a ot! mam duszę i nerwy poszarpane na strzępy... A więc, w ten sposób, rozstaniem się z nim, ona ocala się od takiego poszarpania swej duszy. Dzieje się rzecz dobra... i prawidłowa, a ja, będąc niejako przyczyną tego faktu, mogę być w gruncie spokojny, a nawet, kto wie, może i dumny z tego, co się stanie...
Przyśpiesza kroku.
Za nim Żebrowski utyka, lezie na czworakach, oddycha ciężko, ciernie rozdarły mu rękaw i poraniły ręce. Nie śmie pytać, dokąd idą, jakiś instynkt ostrzega go, że nić sympatii, którą zawarł tam, „na dole” między sobą a Porzyckim, tu, w tym otoczeniu gór, rwie się i słabnie z jego winy.
Z melancholią jakąś wpatruje się w nogi Porzyckiego, migające przed nim uporczywie wśród mchów i głazów, nogi pewne siebie, silne, wiedzące, czego chcą na świecie i dokąd zmierzają.