Lecz... ten... tam, w swym zbyt dużym serdaku, śmieszna pchła okulawiała, chcąca skakać i padająca na słabe łapy...

I to wszystko w słońcu, wśród majestatu gór, w ich dzikim łonie...

I gdybyż mu to sprawiło jaką rzeczywistą przyjemność. Ale lezie, ot!... przez ciekawość. Ciągle staje, wciąga powietrze i mówi:

— A to, panie!...

Z początku Porzycki bawi się tym wszystkim. Tak jak niańka, gdy uczy chodzić małe dziecko. Potem, gdy Żebrowski zaczyna się stawać rozmowny, obserwuje go, jak aktor obserwuje zawsze i wszędzie „typy”, mogące mu się przydać w karierze scenicznej, wreszcie, gdy wchodzą w głąb, gdy dokoła nich ściele się tajemniczość i wielkie piękno barw, światło linii, gdy melancholia nieprzeniknionego i zda się, nigdy nie zbadanego piękna otaczać ich i wchłaniać w siebie zaczyna, rodzi się teraz w Porzyckim naprzód krytycyzm, a w ślad za nim wstręt i złość nieokreślona.

Żebrowski sypie anegdotkami biurowymi, opowiada je jęcząc, stękając i „wdychając powietrze...”

— Jeśli on i ją tak bawił przez czternaście lat, co dziwnego, że ucieka...

Wreszcie stanęli tuż pod skalną ścianą, która wspięła się przed nimi w górę i zabarykadowała im drogę.

Już wszystko umilkło w tej cichości wielkiej i bezgranicznej, która również dobywa się z tafli morskiej o przedwieczornej chwili, jak i z głębi porwanych rozpadlinami skał, z których samotne limby, szemrząc cichutko swą nocną litanię, strzelają.

Z wysiłkiem obejrzał się poza siebie Porzycki. Był on tam ciągle, ten szary, drobny cień człowieka! Porzycki spojrzał na niego, gdy na czworakach piął się ku niemu, chwytając się lian i krzaków, które łamały się w jego kościstych palcach.