I w jednej chwili z całą brutalną jasnością przesunęło mu się przez myśl, że ten człowiek trzymał nieraz w objęciach Tuśkę, że ten gad pełzający, brzydki, nędzny, trzykrotnie dał wspólnie z nią życie dziecku... że...

I ogarnął go wstręt nie tylko do niego, ale jakby i do niej, że ona mogła...

— Nie znała mnie wtedy — starał się banalnie uspokoić, dziwiąc się równocześnie, że go takie „dziecinady” tak obchodzą i wzburzają.

Wreszcie Żebrowski dopełzł do podnóża skały.

— Och!... jakie to wysokie! To pewnie Giewont?... co?

Lecz Porzycki mu nie odpowiadał. Nerwowo zaczął zrzucać z siebie worek alpejski, który miał przewieszony przez ramię, serdak i kurtkę.

Machinalnie naśladując jego ruchy, czynił to samo Żebrowski.

— Co pan robi? po co się rozbiera? Zaziębi się pan — krzyknął Porzycki.

— A pan?

— Ja będę zbierał gałęzie.