— Gdyby jednak — zaczęła — to jedzenie w restauracji nie służyło ci...
Lecz on uśmiechnął się blado.
— Ach, nie... — wyrzekł niedbale — nie pozwolę odejść kucharce, dopóki chłopców nie wyślę do Kalinówki. Będą jedli w domu. Zresztą to zaledwie tydzień.
— Ja też nie mówię o chłopcach, chodzi mi o ciebie...
Spojrzał na nią troszeczkę zdziwiony i zaraz uśmiechnął się uprzejmie, lecz jakby z przymusem, i pochylił trochę głowę.
— Dziękuję ci, nie troszcz się o mnie. Ja mam zdrowy żołądek...
Przechodził chłopiec roznoszący pisma ilustrowane.
— Może ci co kupić? — zapytał.
W tej samej chwili Pita wyjrzała z wagonu.
Błądziła roztargnionym spojrzeniem po peronie, po palcie wytartym ojca, po jego bladym uśmiechu, a policzek jeden miała wydęty angielskimi cukierkami, które wiecznie ssała.