Westchnął ciężko.
— Musiałeś pan coś przecież wziąć za żoną — badał go dalej Porzycki.
— Ja?... Nie, panie. Wziąłem ją, bom się w niej bardzo zakochał. Nie miała nic. Jak to mówią „w jednej koszuli...”
Nastała chwila milczenia.
Wreszcie odezwał się Porzycki:
— Więc to na pana karku byt całej rodziny?
— Tak.
I znów milczenie.
Nawet drzewo nie trzeszczy w ogniu, ptaki posnęły, strumień szemrze i sączy się ciszej.
Ogień trochę przygasa, zaledwie cząstkę ściany kamiennej widać, co jak sznur olbrzymiej świątyni ku niebu się dźwiga.