— Kołtun jest... kołtun typowy... arcykołtun... nic więcej — upierał się w myśli.
— Po diabła panu taka praca? — wyrzekł wreszcie. — Wy tam w Warszawie żyjecie nad stan, zapracowywacie się, a potem narzekacie na los.
Mówił twardo, ironicznie, ale zdawało mu się, że to ktoś inny mówił, bo już coś w nim mimo woli aż krzyczało:
— Litość miej...
Żebrowski zdumiony aż usiadł we mchach.
— Jakże nie pracować? Co pan mówi? A żona, a dzieci?... a długi? a raty?...
— No... przecież coś musicie mieć.
— My?
— No, tak.
— A... mamy. Długi!