— E!... to nic w porównaniu z chłopcami. Co pan chce, dzieci takich, jak my, ludzi nie mają nigdy owego „anielskiego” dzieciństwa. To już taki los ludzi pracy.
Porzycki mimo woli czuje się wciągnięty w to koło tych zwierzeń, które Żebrowski tak niespodziewanie przed nim roztacza. Z początku zachowuje się odpornie, patrzy na Żebrowskiego nieufnie, ironicznie, lecz powoli niknie „kochanek Tuśki”, a miejsce jego zajmuje człowiek rozumiejący, że największą ludzką tragedią jest takie zgodzenie się z okrucieństwem przeznaczenia, jakie ma przed sobą.
— Pan nie uwierzy — ciągnie dalej Żebrowski — jak mi nieraz tych dzieci żal. Ot... pojechały niby na wakacje. I tam... kują, kują bez przerwy. Muszą. Więc co im z tej wsi? co?... Przejdzie ich wiek najpiękniejszy, jak mnie przeszedł.
Umilkł na chwilę i dodał ze smutnym uśmiechem.
— Czy pan wie, że ta wycieczka dzisiejsza to dla mnie pierwsza, prawdziwie dobra chwila w życiu... Cały dzień wśród gór i teraz ta noc!... Bardzo jestem szczęśliwy... Nie zapomnę tego panu nigdy!
Porzycki powstał i odszedł trochę w bok. Ogarnął go straszny smutek i wstyd. Ten człowiek wdzięczny mu jest za to, że wlókł go po górach bez żadnej względności, mając do niego taką straszną złość w duszy. I za to wdzięczny! I za tę okruszynę pozornej swobody, szerszego oddechu duszy, którą warunki życia skurczyły tak bezlitośnie.
I Porzycki doznał jakby wstrętu do siebie za to, że tak myślowo poniewierał tym czymś, co rzeczywiście tak mało miejsca zabierało na świecie.
Lecz to było jeszcze tylko mgnienie oka, samoobrona z całą siłą wystąpiła w duszy Porzyckiego.
— Nie jestem winien jego losowi, a potem, dlaczego się to kołtunisko zapracowywa? Mógł się ograniczyć mniejszym, wszak Tuśka mówiła, że ma posag.
Spojrzał w stronę ogniska, zmusił się prawie. Lecz dawnej pogardy do Żebrowskiego nie czuł.