— I pan wie... — zaczyna znów — to jest najfatalniejsze, że moi synowie tak samo kują, tak samo po nocach słyszę ich monotonne głosy powtarzające lekcje, tak samo trawią swą młodość, jak ja strawiłem...

— Jeżeli pan czuje, że było źle, to należy...

— Co należy? co?... Majątku nie mamy, więc muszą przecież wyjść na ludzi. To trudno, do warsztatu ich nie oddam. A potem ulgi, pan rozumie.

— Tak, tak.

— Zdolności nie mają także. Po mnie.

— A więc — sznury?

— Niech Bóg broni! Przynajmniej to zniosłem. Dzieci moje prowadzę ambicją. Przemawiam do nich jak do dorosłych ludzi. Nad wiek się postarzały.

— Wiem o tym.

— Skąd?

— No... Pita.