Mundurek pokryje sine pręgi!

To nic.

A potem życie, los, ludzie. Ciągle ta chłosta, te sznury, co się wpijają teraz jeszcze gorzej, bo w serce, w duszę.

Zimny, chłodny „sposób obejścia się” i tę chłostę pokryje. Uśmiech, jak niegdyś mundurek, rozpostrze się na pręgach.

Nie znać... nic, nic.

I nagle przyjdzie noc, taka tatrzańska, cicha noc!

I zda się ta cała „młodość”, co już bezpowrotnie zeschła w kwiat mogilny, powoli z mgieł się wysuwa i zmartwychwstaje. Zmęczone urzędnicze ślepia wpatrują się w ciemnię. Ktoś ty, ty biedne moje, zmęczone stworzenie, wlokące się z tornistrem na plecach o zimnym, szarym ranku jesiennym?

Ja to? — czy... syn mój?...

Który z nas?

Żebrowski smutno w ogień patrzy.