Żebrowski ramionami wzruszył.

— Co potem? Trzeba było zarabiać korepetycjami, wcześnie o kawałku chleba myśleć. A gdy się raz do biura dostało, to już... amen! — po wszystkim!

Mętnymi źrenicami w ogień spojrzał.

— Taka była moja młodość! — wyrzekł jakby sam do siebie.

Zdawało się, że nagle otworzył się jakiś bardzo biedny i bardzo nędzny kwiat. Jeden z tych kwiatów, co to pozór mają zeschłych badyli, które wicher jesienny w błoto mogilne wtoczy.

Taki widoczny czar był nocy tej górskiej, ciszy tej wielkiej, wśród której dusza Tatr senna a dobroci pełna rozsnuwała się cała jakby mgła, jakby to najlepsze, co przenika w serce ludzkie i zastygłe łzy roztapia na dobroczynną rosę.

Przy złocie ogniska, wśród wilgotnego mchu leży ludzka istota sponiewierana losem, od dziecka w kierat beznadziejny wprzągnięta, z mózgiem przekrwionym, z piersią zapadłą od schylania się nad wieczną pracą. Kark ma jakby złamany od ciągłej chłosty, od tego ciągłego gnania, a może! a może!...

Męka lat dziecięcych, gdy drżało serce drobne pod mundurkiem w chwili oddawania w domu „cenzury”, a oczy zmęczone „sznurów” w ręce ojcowskiej szukały.

Zwykłe postronki do wieszania bielizny złożone w kilka razy spadają na plecy, szyję, głowę... Mundurek ściągnięto, bo szkoda.

Ciała dziecka nie szkoda!