Porzycki mimo woli słucha.

Bo to już nie ten skrzek filistra, to coś innego tam płynie z tej biednej, do ziemi przytulonej postaci.

— Należało przedstawić rodzicom, że panu ciężko; byliby panem inaczej pokierowali.

Chwilka milczenia.

I potem znów głos Żebrowskiego.

— Tak... należało. Ale to było niepodobieństwem.

— Dlaczego?

— Rodzice moi byli bardzo srodzy. Kazali i tak być musiało. Mówiono, że jestem leniwy. Kułem ciągle. Gdzie mnie było o „sportach” myśleć... gdzie!...

Porzycki myśli o swojej matce, o tej łagodnej, miłej, dobrej matce, która z taką umiejętnością ważyła zbyt ciężki bagaż szkolnej wiedzy dla jego mózgu i nie winiła go, gdy drugi rok w klasie pozostał.

— No... ale potem.