— Pan się dziwił, że ja się boję rewolweru — nagle odzywa się Żebrowski — co? prawda? pan się dziwił?

— Trochę.

— No, ale dlaczego?

— Sądzę, że każdy z nas, pochodzących z lepszego domu, wychowany starannie, jest oswojony z bronią, ze sportem... — mówił Porzycki, aby coś odpowiedzieć.

Żebrowski uśmiechnął się melancholijnie.

— Wychowany starannie!... — powtórzył jakimś dziwnym głosem.

Chwilę milczał, wreszcie spoza płomieni urywanymi zdaniami rzucać zaczął:

— Jak kto uważa staranne wychowanie... Tak... mnie także starannie chowali... Nauka... o... kucie... kucie... od rana do nocy... i w nocy... Pan wie?... w nocy... Ja nie miałem zdolności... trudno... coś było tępego we mnie. Ani weź czasem... Zadane lekcje... piętrzyły się jak te góry... Wątły byłem, słaby.

Głos jego nie skrzeczał. Nabrał jakiegoś płynniejszego dźwięku. Coś tam drgało. Zdawało się, jakby chciało się przedostać gwałtownie na zewnątrz.

— Pan wie, co to uczyć się dziecku, gdy nie ma zdolności, a uczyć się musi? To jest straszne. W nocy klęcząc uczyłem się, aby nie zasnąć... miska z wodą stała obok... maczałem ręcznik, kładłem na chwilę na oczy i znów się uczyłem... To się nazywa kucie. W święto się uczyłem, idąc do szkoły na ulicy się uczyłem, jedząc się uczyłem... ciągle, ciągle...