Zapalił papierosa, przysunął się do ognia, bo noc chłodna, i mówi zuchowato:
— Ja się wcale nie boję.
Mimo to ogląda się jeszcze na boki, czy tam czasem się co z cienia nie wyłoni.
Porzycki usiadł opodal, na wywróconym pniu, i myśli:
— Żeby zasnął... przestałby skrzeczeć!
Przy świetle tańczącym Żebrowski, skurczony, uśmiechnięty, wygląda na jakieś bardzo zmizerowane stworzenie, niepoczesne, zmarzłe.
— I to zabiera przecież miejsce na świecie — przebiega po umyśle Porzyckiego — i to rości sobie jeszcze prawo do niej, do takiej niej...
Nigdy Tuśka nie wydała się Porzyckiemu tak godną pożądania, jak w tej właśnie chwili.
— Będę ją miał dla siebie, dla siebie, dla siebie wyłącznie... — pociesza się. — Będzie moja, moja! To coś, co tam koło ognia skrzeczy, nie będzie mogło nasycać się jej pięknością i wdziękiem. I... nawet na nią nie pracuje, ot... czerpie z jej posagu i prawdopodobnie sam z jej majątku korzysta.
Tymczasem Żebrowski dopala papierosa i wpatruje się w cienie, które już zupełną czarnością zaległy dokoła. Noc jest chmurna, księżyca nie widać. Ciemno i cicho...