— Za to, coś pan zrobił — na panu.

— !!!

— Tak, tak.

Herbata wypita z koniakiem, szynka zjedzona, bułki pogryzione i pożute, pudełko od sardynek puste, uczta w całej pełni. Co więcej, kiełbasa na patyku przypieczona nad ogniem, co już stanowi szczyt „taternictwa”.

Porzyckiego ogarnia teraz jakaś gorzka, ironiczna uprzejmość. Przesadza się w grzeczności dla Żebrowskiego. Podnieca się. Ironizuje wewnątrz po aktorsku.

No, no — dalej — pielęgnuj swego poprzednika, ty, czuły następco!...

Podaje herbatę, wyskrobuje ostatnią sardynkę.

— Proszę, posil się pan, i to, i to...

Podnieca go ten stan coraz więcej, bo rzecz dziwna, pomimo jakiejś wzgardy, którą czuje dla Tuśki za to, że należała do tego „kretyna”, pożąda jej z ogromną siłą. I ta jasna blondynka z różowym, ślicznym karkiem, z oczyma błękitnymi unosić się zaczyna w przestrzeni ciemnej, rozjaśnionej dziko płonącym ogniskiem, którego dym tańczy czarną chmurą na szarym tle skały.

Żebrowski, z początku zaskoczony tą nadzwyczajną uprzejmością Porzyckiego, powoli rozebrany ciepłem ogniska, wilgotnymi wyziewami, płynącymi od mchów i wykrotów, rozmarzony ciszą, przerywaną zaledwie szmerem szklanym sączącego się z rozpadlin potoczka i trzaskiem płonących gałęzi, zaczyna się poddawać nie znanej mu rozkoszy „nocowania w górach”.