Nic nie zdoła określić wyrazu twarzy Żebrowskiego, walczącego w tej chwili pomiędzy obawą pożaru lasów a napadu niedźwiedzi. Porzycki przymrużonymi oczyma wpatrywał się w tę twarz zwiędłą, pochyloną nad ogniem i oświetloną od spodu jaskrawo płomieniami.
— Kretyn! marmurek! — myślał.
A w ślad za tym:
— Ekstazy miłosne... noc poślubna... troje dzieci...
Uderzył ciupagą w ogień, iskry rozprysły się jak fajerwerk.
Żebrowski ręce załamał.
— Co pan robi?...
— Mszczę się.
— Za co? na kim?...
Porzycki wykrzywił usta z ironią.