Ale Żebrowski zaczął także zbierać patyczki i znosić je na stos, układany zręcznie przez Porzyckiego. Robił to jak mały chłopiec, bawiący się w „ogień”. Kamizelkę miał rozdartą, przez to rozdarcie widać było stare szelki, powiązane pracowicie w nadzwyczajne węzły. Pod rękawem koszuli sterczały kościste, ściśnięte ramiona.
Zapadłe piersi, brzuch tworzyły całość na wskroś zjedzoną życiem i nędzą kieratowej pracy.
— A... czy się las od tego stosu nie zapali? — zapytał nagle, stając z patykami w ręku — bo to u nas, w Królestwie, to ciągle się lasy palą.
— Może... szczególnie, jeżeli się skała stopi... — odparł Porzycki.
Zawiesił saganek z wodą, której nabrał w płynącym ze skały potoku. Stos podpalił, buchnęły płomienie. Porzycki śpieszył się. Chciał, ażeby Żebrowski jak najprędzej zasnął i pozostawił go w spokoju. Noc minie i on uwolni się od tej zmory, którą sobie dobrowolnie przez dobroć serca na kark ściągnął.
Żebrowski przy ogniu przykucnął i przypatrywał się z niepokojem strzelającym w górę płomieniom.
— Strasznie duży ogień — zauważył.
— Będzie jeszcze większy — twardo odparł Porzycki.
— Nie... nie... niech pan da pokój!
— Więc co? Chce pan, żeby nas niedźwiedzie pożarły?