— A to, panie... a to, panie!... — powtarzał kręcąc głową.
— No, co? no, co?... — zapytał niecierpliwie Porzycki. — Chciałeś pan gór, masz pan góry. Trzeba brać je tak, jak są: nocą, dniem.
I dodał z nieopisaną ironią:
— Będzie pan miał co opowiadać kolegom w biurze...
Odszedł w bok i zaczął zbierać gałęzie. Żebrowski, czy pochwycił tę ironię, czy już był zrezygnowany, dość, że westchnął, wytarł nos, oczyścił liśćmi buty i wyrzekł:
— Niech już będzie... na pańską odpowiedzialność.
— O, przepraszam — szarpnął się Porzycki — jeśli niedźwiedź odgryzie panu rękę albo nogę, ja panu odszkodowania płacić nie będę.
Żebrowski zamilkł, patrząc chwilę z niepokojem na sunące dokoła cienie, wreszcie wyrzekł nieśmiało:
— Ja panu pomogę.
— Siedź pan!...