To wszystko zdaje się nic, to są zwykłe rzeczy. Koło nich się przechodzi jak koło słupów telegraficznych wzdłuż toru, koło latarni, wzdłuż chodnika. Tak być powinno. Ożenił się, więc niechaj ma na dzieci i żonę. Chciał „ciepła”, niech za to ciepełko płaci! Poświęcenie lat pierwszych zmienia się w katorgę lat następnych. W nocy układa się budżet. Nowe okrycie, wpisowe, premia w teatrze... Tak! tak! Płonie lampka domowa. Ach!... tran już wyszedł i żelazo najstarszej dziewczynki... I tak ciągle w koło. Lata całe. A potem... panna dorosła. Nikt wziąć nie chce. Posagu brak. I zwracają się nienawistne spojrzenia. Atmosfera dysze żalem i goryczą...
Ożenił się, niech ma na dzieci, zięcia, wnuki!...
*
O dziewiątej rano mija się słupy telegraficzne, latarnie, Żebrowskich w paltach zielonych, wytartych. Idą pod kamienicami ostrożnie, w kaloszach. Z parasoli deszcz jesienny ciecze im na plecy. Czasem śnieg w oczy sypie. Uśmiech przywarł do ust, grzeczny, obleśny.
Idąc liczą, kombinują, awans miga powiększeniem budżetu o kilkanaście rubli. Większa ilość węgla, masła, nowe zelówki. Mija się takiego pana i ma się uczucie, że poszedł ktoś, mający zapewniony byt i zapewniający byt.
A to przeszła jedna tragedia ludzka, to przeszła dusza, w obręcz ujęta, stłoczona, zmięta, spracowana i bez swej woli kołtunista.
Przeszła cicho, bez skargi, przeogromna w swej wielkiej, niezmierzonej cierpliwości i sile, potężniejsza od rozwichrzeń namiętnych, więcej może bohaterska od tych, co to krzycząc, z rozwianym pióropuszem na nieprzyjacioły lecą...
Bo tamto niesie konieczność wyładowania energii podniecenie graniczące z szałem, coś pięknego, coś co chcemy, aby stało się piękne. A to lezie, pełza i walczy, walczy ciągle z samym sobą, z pragnieniem bycia także kimś, ściągnięcia na chwilę z karku obroży.
I potrzeba jednej nocy, takiej nocy wśród głazów, mchów, limb, jarzębin... trzeba takiego ognia, co tańczy po ścianie skalnej purpurą hieroglifów, trzeba takiej ciemni, w której smreki modlą się ku niebu wonią słodką żywicy, aby się nagle otworzył zaschły kwiat duszy takich Żebrowskich i naiwnie, bez przygotowań, kilku zdaniami z ran serdecznych określił przeszłe swe życie, teraźniejszość szarą...
A w tym, co on mówi, to nie treść słów brać trzeba, lecz to niedopowiedziane, co jest najboleśniejsze, to spojrzenie oczu czerwonych i mgłą zasnutych, to kurczowe wpicie się rąk w mech... to wszystko, co nie ma słów, a przecież jest najwymowniejsze.