Porzycki ma duszę zbyt wrażliwą, aby nie czuł właśnie tych niedopowiedzianych rzeczy.

Uczuciowa podstawa jego wychowania bierze w takiej chwili górę i przez sentyment zaczyna mu się przedstawiać to, co nagle nieproszone się przed nim zjawiło. I tym właśnie więcej go uderza i do uwagi zmusza, że pochodzi od indywidualności tak zamkniętej w sobie, jak Żebrowski. Chwilę zdaje się Porzyckiemu, że ta jakaś zazdrośnie i chorobliwie życiową potęgą zamknięta muszla otworzyła się i ukazała w sobie... perłę. Za chwilę zamknie się i będzie znów tą bezbarwną, nic nie znaczącą muszlą.

Lecz mimo to przecież perła istnieje.

I powstała z rany...

Tak, z rany.

Porzycki zbliża się do ognia, patrzy na Żebrowskiego, ale patrzy innymi oczyma.

— Kołtun? — myśli — może... ale ten kołtun ma swoją wzniosłość... Czy ja bym to potrafił? Czy ja mógłbym wlec się tak obarczony tą bandą dzieci, tą żoną, w zaparciu się swego ja, w oddaniu im swego życia, umysłu — wszystkiego?

Bada się z lotnością niezwykłą i czuje się niższym, słabszym od tego niepokaźnego człowieka, który po Tatrach chodzić nie umie, a przez życie z takim heroizmem stąpa.

— Tak, tak, panie — mówi nagle Żebrowski — pan jeszcze młody, pan wolny, nie rozumie pan naszych trosk. Skoro się pan ożeni, pozna pan, co to jest życie ciężkie w mieście... w przykrych warunkach...

Uśmiechnął się, twarz mu się rozjaśniła na chwilę.