Czuje instynktownie, że poza nią są właściwe tragikomedie i że tam aż kipi od życia i jego prawdziwej melancholii.
Znów daje się słyszeć głos męski:
— Czemu pani do domu nie idzie?
— Do jakiego domu?
— Ano, do numeru, do dzieci.
— Przyszłam zobaczyć, może co dostanę z dzisiejszego przedstawienia.
Aktorki zaczęły się śmiać dyskretnie.
— Lepiej uciekaj — zawyrokował mężczyzna — bo okaże się, iż musicie dopłacić i będzie pani musiała coś z kieszonki dołożyć.
— O! o! to mnie nie ma.
Szelest sukni, brzęk breloków i z symfonii perfum ulatnia się i ginie trèfle incarnat.