Bo dopiero dziś, gdy wyjechała z tej Obidowskiej sadyby, gdy znikła jej sprzed oczu pełna czaru zakopiańska dolina, Tuśka zrozumiała, jak ogromnie ważne postanowienie zrodziło się w jej duszy tam, w tej chałupie, o którą biły halne wichry i deszcz strugami siekł, jakby chciał ją zmyć z powierzchni ziemi.

Żyła tam, jakby oderwana od reszty świata, jakby to wszystko działo się „nie naprawdę”, tylko we śnie. Tu weszła już na drogę obraną i doznała tak strasznej trwogi, że po prostu ciężko jej przeżyć i sił jej brak.

— Gdzie on? — pomyślała z goryczą. — Dlaczego go tu nie ma?... Czy on nie rozumie, co się we mnie dzieje?

Jakby błysk, jakby jasnowidzenie mignął przed nią cały szereg lat, a w nich takie samotne, głuche chwile... I ta myśl, że „on” jest wtedy w innym środowisku, między bliskimi sobie, z którymi ona nie będzie miała nic wspólnego.

— Bo jeśli on mi nie pozwoli wstąpić na scenę...

I zaraz mignęło jej przez umysł...

— Jakie to wszystko straszne...

Wyjęczała znowu nad miastem godzina.

— Która?

Tuśka nie wie. — Tuśka już nic nie wie. Tylko to, że jest sama, że jej źle, że omdlewa, że sił jej brak...