Ciche kroki, jakby się ktoś skradał, ktoś, co chce przemknąć się niepostrzeżenie, uciec przed przeznaczeniem swoim.

Tuśka jednak kroki te słyszy. Depcą jej po sercu, tak są tchórzliwe i nieszczere. Ona wie, że to Porzycki powraca i lęka się obudzić ją i zobaczyć.

Dlaczego? Czyż teraz właśnie nie powinien już być ciągle razem? Czyż on nie powinien skwapliwie rzucić się do tych chwil wolnych, nie skrępowanych objawów miłosnych, do których oboje tak dążyli?

I wobec tych kroków cichych, obłudnych, Tuśkę przejmuje nagła, szalona trwoga. Sama nie wie, co się z nią dzieje, ale czarna przestrzeń krakowskiego Rynku wypełnia się przed jej wzrokiem jakby ognistymi plamami.

Krwawe są one, potężnieją, zlewają się w płachtę purpury, po której migają złote zygzaki. To pierwsze objawienie uderza w nią z taką siłą, iż porywa się i cofa od okna blada, drżąca, chwiejna...

— Co? Co?... — bełkoce cicho, nie wiedząc, gdzie jest i kim jest właściwie.

Tam na kurytarzu cichy chrzęst klucza, drzwi numeru, zajmowanego przez Porzyckiego, otwierają się, potem zamykają i zapada cisza.

Tuśce zdaje się, że nagle ona w swych dłoniach trzyma jakieś struny, na których w tej czerwonej powodzi wibrują serca całej grupy ludzi. Struny oplątały się koło jej palców i puścić ich nie może, a tam w oddali krwawią się, jęczą i drżą ciche, pokorne serca...

— Jeśli to dłużej potrwa... umrę! — myśli. — To nie do zniesienia.

Całym wysiłkiem woli porywa się, wybiega na kurytarz i nie zastanawiając się nad tym, co czyni, wpada do numeru Porzyckiego.