— Proszę wysiadać! — woła konduktor z przedziału pierwszej klasy.
— Do widzenia...
Porzycki rękę Tuśki ujął. Czuje, że jest martwa. Widzi te oczy błękitne, śliczne, tyle razy całowane, wpatrzone w niego z tak bezmiernym bólem, iż sam pod ich spojrzeniem słabnie.
Chce czymś pocieszyć tę rozpacz, ukoić, utulić, lecz — czym? czym?
Wzrok jego pada na Pitę i spotyka znów parę błękitnych oczu, wpatrzonych w niego, lecz z jakimś lękiem i grozą.
I z niewytłumaczonym dla siebie porywem chwyta Pitę wpół i rzuca ją niejako na piersi Tuśki.
— Zostańcie tak!... — mówi zdławionym głosem i wyskakuje z wagonu.
Pociąg rusza.
Pita, przytulona do matki, nie odrywa się od niej tak, jak by to uczyniła dawniej. Przeciwnie.
Cicho, łagodnie, kierowana czarownym instynktem, garnie się ku niej, ku tej zbiedzonej, która jest tak w tej chwili nędzna, iż u dziecka opieki szuka.