Teraz układa ich drobnostki, ociera własną chustką pył, rozwiązuje cukierki. Czyni to wszystko gorączkowo. Nie patrzy na Tuśkę, która blednie coraz więcej i słowa wymówić nie może.

Już wszystko ułożone, już nie ma co robić, czym się zająć. Trzeba wreszcie spojrzeć sobie w oczy i stanąć wobec prawdy całej i brutalnej.

Pita usiadła w kąciku. Od rana oczy jej śledzą matkę. Co jednak to dziecko myśli, zgadnąć trudno. Tylko i ona jest jakby bledsza, jakby ten ogólny smutek i na nią cień swój rzucił.

— Jeszcze pięć minut!...

Tuśka nie odpowiada nic. Usiadła i widać, jak się męczy, jak strasznie panuje nad sobą, aby pozostać choć na pozór spokojną. Dwie krople krwi spływają jej z wargi, którą zębami przycięła.

Porzycki stoi w przedziale prawie na progu i nagle przychodzi mu jedna myśl do głowy.

— Czy to rzecz uczciwa, którą spełnia w tej chwili, uczciwa — względem tej kobiety, która dyszy rozpaczą i kona w każdej minucie...

Ta niepewność jest tak silna, że Porzycki już stoi na krawędzi, już niemal chce wyciągnąć rękę do Tuśki i zawołać:

— Chodź! biorę cię z sobą.

Lecz oto — sygnał odjazdu.