Przed nimi bieleją dziwaczne grzbiety płótnem okrytych furek, na tle ciemnych kamienic.

Woźnice siedzą w głębi budek, drzemią albo palą fajki.

Co chwila ku werandzie pomykają całe gromadki turystów.

Wyłaniają się z ciemni i wpadają w sine światło mrużąc oczy — radzi, że się wreszcie w „cywilizację” dostali.

Tuśka, usiadłszy, doznaje znów uczucia ciepła i spokoju. Ogląda się: poza nią siedzą strojne panie w towarzystwie kilku jasno ubranych, dość eleganckich mężczyzn. Przy drugim stoliku kilku mężczyzn raczy winem jakiegoś górala, który stara się zwrócić ogólną uwagę, krzycząc głośno i produkując swój „humor” i błękitne wstążki, związane pod przebiegłą i chytrą brodą.

— Panie ksiązęciu! — mówi góral — panie książę, kcecie na wielką wantę? Pójdziem! Jo was, panie ksiązęciu, za portecki z tyłu chyce. Wendziemy.

Młodzieniec, nazwany „panem książęciem”, skrzywił wygoloną, długą twarz i odparł z nieznacznym grymasem:

— Ja sam się wydostanę bez waszej pomocy.

Chytre oczki górala zaświeciły, zaczął czmychać nosem i trzeć dziwnie wykrojone usta.

— Nikany nie wyjdom sami, bo w nóżkach słabe — czmychnął ze śmiechem.