Tu i owdzie po stolikach siedzące towarzystwa zaczynają się mniej lub więcej dyskretnie zaśmiewać.
Widzi to góral w niebieskiej obroży, rad powstaje z krzesła i coraz więcej pozuje dla galerii.
— Jak ci ja, panie ksiązęciu, i Matka Najświętsza nie pomoże, to hipnies, chocieś sprzętny i wywyrtny. Hej!...
Książę pakuje ręce w kieszenie od spodni i kołysze się na pogiętym, żelaznym krześle.
— Żebyście wy, Gąsiennico, tak często Matki Boskiej nie wzywali — mówi, patrząc na górala zamglonym, lecz pełnym głębi wzrokiem.
Gąsiennica Wojtek machnął gunią i rozstawił nogi.
— Jakże to? nie wzywać, kiej to nasa Pani i Królowa, i wsyćko...
— Toteż właśnie dlatego — tłumaczył książę. — Wy, Gąsiennico, gracie sobie teatr, a niby z nabożeństwa wzywacie ciągle Boga i świętych Jego!...
— Bo to je nasa Pani! — darł się góral, wodząc chytrymi ślipkami dookoła. — Pani, co na kmurak se siedzi... A ja wam co powiem. Był taki plugac...
— Dajcie spokój — przerwał mu książę — co tam będziecie Sabałę małpować. To już nudne! Kelner, płacić!