Ukośny promień światła z drzwi przez nią uchylonych oświecił pająkowate, błyszczące koła i nogę, i rękę schylonego mężczyzny, który, odziany w szarą, flanelową koszulę, sportowe spodnie, czarne pończochy i żółte buty, majstrował coś koło roweru.

Majstrowanie to nie przeszkodziło mu widocznie w dawaniu folgi swemu dobremu humorowi, bo „na gębusi” udawał przedziwnie łomot bębna. Do uszu Tuśki doleciały słowa łączące się w warczenie pałek walących w oślą skórę.

Tuśka przerwała szybko ową zbyt ranną pobudkę.

— Przepraszam pana! — wyrzekła głosem podniesionym i niemiłym — czy można prosić o spokój? Przyjechałam dla leczenia się, a nie dla denerwowania...

Mężczyzna nie zdołał jeszcze podnieść głowy, kiedy Tuśka zniknęła w swoim pokoju, zatrzaskując drzwi tak silnie, iż sama się tym faktem zgorszyła.

Warczenie bębna ucichło.

Jakieś ciche kroki przebiegły sień i nastała ogromna cisza.

Nagle, prawie pod oknami, rozległo się cichutkie świergotanie ptasząt.

— O!... — wyrzekła Pita.

Lecz Tuśka spojrzała na nią spod brwi ściągniętych.