— A niby jakim cudem moglibyście powstrzymać ludzi przed pamiętaniem przeszłości? — zawołał Winston, znów na moment zapominając o przełączniku. — To proces mimowolny, niepodlegający decyzjom. Jak niby kontrolujecie pamięć? Mojej nie kontrolujecie!
O’Brien znów stał się surowy. Położył rękę na przełączniku.
— Odwrotnie — powiedział. — To ty jej nie kontrolujesz. Dlatego tu się znalazłeś. Zabrakło ci i pokory, i dyscypliny. Nie poddałeś się woli Partii, a właśnie taka jest cena dobrostanu psychicznego. Wolałeś zostać szaleńcem, jednoosobową mniejszością. Tylko umysł zdyscyplinowany postrzega fakty, Winstonie. Wierzysz, że rzeczywistość jest obiektywna, zewnętrzna, że istnieje w sposób niezależny. Wierzysz także, że jej natura jest oczywista. Kiedy wmawiasz sobie, że coś widzisz, zakładasz, że wszyscy widzą to samo co ty. A ja ci mówię, Winstonie, że rzeczywistość nie jest czymś zewnętrznym. Rzeczywistość istnieje w ludzkim umyśle, nigdzie indziej. Nie w pojedynczym umyśle, który jest bardzo omylny i szybko przemija, tylko w umyśle Partii, kolektywnym i nieśmiertelnym. Jeśli Partia uznaje coś za prawdę, to jest prawdą. Nie da się postrzegać rzeczywistości inaczej niż oczami Partii. Tego musisz nauczyć się od nowa, Winstonie. Wymaga to aktu autodestrukcji, wysiłku woli. Musisz ukorzyć się przed Partią, dopiero wtedy wyzdrowiejesz.
Przerwał na chwilę, jakby chciał, żeby to, co powiedział, w pełni dotarło do Winstona.
— Pamiętasz — ciągnął — jak napisałeś w swoim dzienniku, że wolność oznacza możliwość powiedzenia, iż dwa plus dwa to cztery?
— Tak.
O’Brien podniósł lewą rękę, zwracając ją wierzchem dłoni do Winstona i chowając kciuk za pozostałymi czterema palcami.
— Ile to palców?
— Cztery.
— A jeśli Partia powie, że nie cztery, tylko pięć: wtedy ile ich będzie?