— Cztery.

Ostatnie słowo przeszło w krzyk bólu. Wskaźnik na podziałce podskoczył do poziomu 55. Pot oblał całe ciało Winstona. Powietrze wdarło się do jego płuc — wydychał je z głośnym jękiem, niemożliwym do powstrzymania mimo zaciśniętych zębów. O’Brien obserwował go, nadal pokazując cztery palce. Znowu przesunął dźwignię. Tym razem ból tylko trochę zelżał.

— Ile to palców, Winstonie?

— Cztery.

Wskaźnik podskoczył do 60.

— Ile palców, Winstonie?

— Cztery! Cztery! Co innego mógłbym powiedzieć? Cztery!

Wskaźnik chyba ponownie poszedł w górę, ale Winston nie patrzył w jego kierunku. W polu widzenia miał tylko ciężką, surową twarz i cztery wyciągnięte palce, które tkwiły przed jego oczami niczym kolumny. Ogromne, niewyraźne, jakby rozwibrowane — były to jednak niezaprzeczalnie cztery palce.

— Ile palców, Winstonie?

— Cztery! Przestańcie, przestańcie! Jak można dalej to ciągnąć? Cztery! Cztery!