Trzy miesiące później ZPF nagle rozwiązano, bez żadnego uzasadnienia. Można się było domyślać, że Withers i jego towarzysze popadli w niełaskę, jednak ani prasa, ani teleekrany nie podały żadnych wiadomości na ten temat. Nie było to zaskakujące, wziąwszy pod uwagę, że przestępców politycznych raczej nie stawiano przed sądem ani nawet nie denuncjowano ich publicznie. Wielkie czystki, dotykające tysięcy ludzi, z publicznymi procesami zdrajców i myślozbrodniarzy, którzy przyznawali się do odrażających przestępstw, a następnie szli na stracenie, stanowiły szczególny rodzaj teatru i nie zdarzały się częściej niż raz na parę lat. Ludzie, którzy podpadli Partii, przeważnie po prostu znikali i nikt o nich więcej nie słyszał. Niektórzy pewnie nawet dalej żyli. Spośród osób znanych Winstonowi znikło w ten sposób, w różnych momentach, może trzydzieści, nie licząc jego rodziców.
Winston podrapał się po nosie spinaczem. W boksie po przeciwnej stronie towarzysz Tillotson nadal kulił się konspiracyjnie nad swoim głosopisem. Na moment podniósł głowę: znów ten wrogi błysk. Winston był ciekaw, czy Tillotson trudzi się nad tym samym tekstem co on. Było to całkiem możliwe. Tak skomplikowane zadanie nie zostałoby powierzone tylko jednej osobie, a przekazanie go komisji oznaczałoby otwarte przyznanie się, że chodzi o sfabrykowanie informacji. Z dużym prawdopodobieństwem tuzin ludzi pracowało właśnie nad alternatywnymi wersjami faktycznego przemówienia Wielkiego Brata. Następnie jakaś mądra głowa z Wewnętrznej Partii wybierze tę lub tamtą wersję, zredaguje i wprawi w ruch skomplikowany proces dostosowywania całej reszty dokumentacji, żeby wybrane kłamstwo na trwałe weszło do archiwum i stało się prawdą.
Winston nie wiedział, czym Withers podpadł. Może chodziło o korupcję albo brak kompetencji lub też Wielki Brat pozbywał się zbyt popularnego podwładnego. Może Withersa lub kogoś z jego otoczenia podejrzewano o heretyckie skłonności. Albo — i to było najbardziej prawdopodobne — stało się tak po prostu dlatego, że czystki i ewaporacje stanowiły nieodzowny element mechanizmu władzy. Jedyna wskazówka zawierała się w słowach „dot nieosoba”, sugerujących, że Withers już nie żyje. Aresztowanie nie zawsze oznaczało śmierć. Zdarzało się, że zatrzymanych wypuszczano, pozwalano im żyć przez rok lub dwa na wolności i dopiero wtedy dokonywano egzekucji. Bywało i tak, bardzo rzadko, że ktoś, kogo od dawna uważało się za martwego, wracał jak duch przy okazji jakiegoś publicznego procesu, podczas którego w swoim zeznaniu ujawniał nazwiska wielu innych winowajców; następnie znikał, tym razem już na zawsze. Ale Withers był już nieosobą. Nie istniał, nigdy nie istniał. Winston zdecydował, że nie wystarczy zwykłe odwrócenie przesłania mowy Wielkiego Brata. Lepiej napisać tekst od nowa, skupiając się na sprawie kompletnie niepowiązanej z oryginalnym tematem.
Mógł przerobić przemówienie na zwyczajowe potępienie zdrajców i myślozbrodniarzy, ale to było nieco zbyt oczywiste, z kolei spreparowanie wojennego zwycięstwa czy triumfalnego przekroczenia założeń Dziewiątego Planu Trzyletniego za bardzo skomplikowałoby dokumentację. Potrzebował wytworu czystej fantazji. I nagle w jego głowie pojawiła się w pełni uformowana postać niejakiego towarzysza Ogilvy’ego, który niedawno w bohaterskich okolicznościach zginął na wojnie. Wielki Brat poświęcał czasem Orędzie Dnia na upamiętnienie jakiegoś skromnego, szeregowego członka Partii, ukazując jego życie i śmierć jako przykład godny naśladowania. Dziś upamiętni towarzysza Ogilvy’ego. Rzecz jasna, nie było żadnego towarzysza Ogilvy’ego, ale parę linijek tekstu i sfabrykowane zdjęcia z łatwością powołają go do istnienia.
Winston pomyślał przez chwilę, następnie zbliżył do twarzy głosopis i zaczął dyktować tekst dobrze znanym stylem Wielkiego Brata — jednocześnie żołnierskim i pedantycznym, a także łatwym do naśladowania, ze względu na zabieg stylistyczny polegający na zadawaniu pytań, na które mówiący sam od razu odpowiadał („Czego uczy nas to doświadczenie, towarzysze? Uczy nas jednej z podstawowych zasad angsocu, a mianowicie że...” itd., itd.).
W wieku trzech lat towarzysz Ogilvy nie uznawał żadnych zabawek poza werblem, pistoletem maszynowym i modelem helikoptera. Jako sześciolatek — o rok wcześniej niż inne dzieci, bo zrobiono dla niego wyjątek — wstąpił w szeregi Szpiegów; w wieku lat dziewięciu był już zastępowym. Gdy miał jedenaście lat, wydał myślopolicji własnego wujka po podsłuchaniu rozmowy, w której, jak mu się wydawało, pojawiły się nielegalne treści. Jako siedemnastolatek został lokalnym liderem Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. Dwa lata później wynalazł granat ręczny, który Ministerstwo Pokoju wprowadziło do użytku; podczas pierwszej próby pojedynczy wybuch zlikwidował trzydziestu jeden eurazjatyckich więźniów. W wieku dwudziestu trzech lat zginął w akcji. Leciał nad Oceanem Indyjskim z ważnymi depeszami; kiedy dogoniły go odrzutowce wroga, wraz z karabinem i depeszami katapultował się z helikoptera do głębokiej wody. „O tej śmierci — mówił Wielki Brat — nie można myśleć inaczej niż z zazdrością”. Wielki Brat dodał też parę uwag o prawomyślności i determinacji towarzysza Ogilvy’ego. Mianowicie był on stuprocentowym abstynentem, nie palił, jego jedyną rozrywkę stanowił codzienny godzinny trening fizyczny, ponadto złożył śluby czystości, uważając, że małżeństwo i troszczenie się o rodzinę uniemożliwią mu pełnienie służby z pełnym oddaniem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rozmawiał wyłącznie o zasadach angsocu, a jedynym celem jego życia była walka z eurazjatyckim wrogiem i tropienie szpiegów, sabotażystów, myślozbrodniarzy oraz wszelkiej maści zdrajców.
Winston zastanawiał się, czy nie przyznać towarzyszowi Ogilvy’emu Orderu Najwyższej Zasługi; ostatecznie zrezygnował, bowiem wymagałoby to skorygowania wielu innych dokumentów.
Ponownie zerknął na rywala w przeciwległym boksie. Coś podpowiadało mu ponad wszelką wątpliwość, że Tillotson głowi się nad tym samym zadaniem. Nikt nie mógł wiedzieć, czyja wersja zostanie przyjęta, Winston był jednak przekonany, że będzie to jego tekst. Towarzysz Ogilvy, jeszcze godzinę temu nieistniejący, teraz stał się rzeczywisty. Dotarło do Winstona, że można stwarzać ludzi martwych, ale nie żywych. Towarzysz Ogilvy, który nigdy nie istniał w czasie teraźniejszym, zaistniał w przeszłości, a kiedy akt fałszerstwa zostanie zapomniany, jego istnienie stanie się tak autentyczne i tak samo możliwe do udokumentowania jak istnienie Karola Wielkiego18 czy Juliusza Cezara19.
5
W niskiej stołówce, głęboko pod ziemią, obiadowa kolejka przesuwała się powoli rzadkimi zrywami. Pomieszczenie było już bardzo zatłoczone, panował w nim ogłuszający hałas. Przez kratę na kontuarze parował gulasz; jego kwaśny, metaliczny aromat przegrywał mimo wszystko z odorem Ginu Zwycięstwa. Po drugiej stronie pomieszczenia znajdował się mały bar, a właściwie zwykła dziura w ścianie; tam można było kupić gin w cenie dziesięciu centów za porcję.