— Akurat cię szukałem! — odezwał się głos za plecami Winstona.

Winston odwrócił się. Był to jego przyjaciel Syme, zatrudniony w Departamencie Badań. „Przyjaciel” to pewnie nie najwłaściwsze słowo, w tych czasach nie miewało się przyjaciół, miewało się towarzyszy; a jednak towarzystwo niektórych było przyjemniejsze od towarzystwa innych. Syme był filologiem, specjalistą od nowomowy. Wchodził w skład ogromnego zespołu ekspertów, opracowującego jedenaste wydanie Słownika nowomowy. Był maleńkim stworzeniem, jeszcze mniejszym od Winstona, z ciemnymi włosami i dużymi, wypukłymi oczami, smutnymi, zarazem jednak szyderczymi; kiedy z kimś rozmawiał, oczy te uważnie badały twarz interlokutora.

— Chciałem zapytać, czy masz może żyletki — powiedział.

— Ani jednej! — odpowiedział Winston pospiesznie, jakby czuł się winny. — Wszędzie próbowałem. Chyba już ich nie robią.

Wszyscy pytali o żyletki. Po prawdzie miał jeszcze dwie nieużywane, które chował na później. Brakowało ich od miesięcy. W każdym momencie jakiegoś podstawowego artykułu brakowało w partyjnych sklepach. Czasem to były guziki, kiedy indziej nici do cerowania albo sznurowadła, obecnie problem dotyczył żyletek. Można je było dostać jedynie, i to nie zawsze, polując mniej lub bardziej skrycie na „wolnym” rynku.

— Używam tej samej od sześciu tygodni — skłamał Winston.

Kolejka drgnęła. Kiedy się zatrzymali, odwrócił się znowu do Syme’a. Obaj sięgnęli po zatłuszczone, metalowe tace, które piętrzyły się na kontuarze.

— Poszedłeś wczoraj na wieszanie jeńców? — spytał Syme.

— Pracowałem — powiedział Winston obojętnie. — Obejrzę sobie potem w kinie.

— To zupełnie nie to samo — zawyrokował Syme.